Pamiętasz mój internetowy sklep zoologiczny pelnamicha.com? Pewnie nie, bo sama o nim dawno nie pisałam. Co nie znaczy, że projekt upadł. Bynajmniej. Od tygodnia śmiga na zupełnie nowym silniku… SaaS!

Przypomnij sobie moje poprzednie teksty na temat dropshippingu:

Pomysł na biznes – dropshipping!

Zakładam sklep internetowy! [Znów]

Dropshipping – pomysł na biznes? Ważne pytania i odpowiedzi

Dropshipping [lista hurtowni]

Ale od początku.

W styczniu 2015 razem z Justyną z 8razy5.pl uruchomiłyśmy internetowy sklep zoologiczny Pelnamicha.com, który z założenia miał działać na zasadach dropshippingu – czyli my sprzedajemy towar, ale nie mamy go fizycznie na miejscu. Klient składa zamówienie, a my niezwłocznie (po otrzymaniu przelewu) przekazujemy to zamówienie do hurtowni. Oni je kompletują i wysyłają. Najczęściej tego samego dnia. I tak to właściwie działa.

Jako że moim ukochanym CMS-em jest WordPress, postanowiłam ten sklep postawić właśnie na tym silniku. Chciałam udowodnić, że świetnie się nada nie tylko jako skrypt pod bloga czy statyczną stronę, ale również, przy pomocy wtyczki WooCommerce, również do sklepu internetowego.

I tu czas na pojechanie trochę mojego zapału. To był fatalny pomysł! WordPress jako E-commerce sprawdzi się, ale jako malutki sklepik, w którym chcielibyśmy sprzedawać wyłącznie kilka-kilkadziesiąt produktów, na przykład swoje poradniki. Zupełnie nie nadaje się do zastosowania go jako e-sklep działających w ramach dropshippingu.

Głównie z powodu regularnych importów, mapowania kategorii, uunikalniania poszczególnych pól.

Podejmując współpracę z hurtownią na zasadach dropshippingu, otrzymujesz plik .csv (statyczny plik, za każdym razem nowy, z nowymi danymi, które trzeba podmieniać samodzielnie) lub (jeśli się uda) .xml (“inteligentny” plik, który potrafi aktualizować się sam, dzięki czemu, jeśli odpowiednio wszystko skonfigurujemy, sklep może cały czas, z automatu, mieć aktualne stany magazynowe). Te pliki to baza produktów – zawierają ich nazwy, ceny (netto, brutto), zdjęcia, dostępność, stawkę podatku, informację o producencie, opis itp. Dzięki nim, nie musisz dodawać wszystkich produktów ręcznie.

WordPress teoretycznie świetnie sobie z tym poradzi, bo ma wtyczkę WP All Import, za jedyne $139 (i tu kończy się darmowość WordPressa jako silnika sklepu), ale – z powodu bardzo częstych aktualizacji pliku .xml mojej hurtowni, trzymanie aktualnych stanów magazynowych było udręką. Musiałam uruchamiać update ręcznie za każdym razem, gdy chciałam zaktualizować produkty, a następnie ręcznie przypisać kategoriom produktów z pliku kategorie ze sklepu, bo nie dało się ich automatycznie zmapować (przypasować na stałe jedną kategorię np. [Dla PSA/karma sucha] na [Suche karmy]). I to zabierało mnóstwo mojego czasu.

Ale nie poddałam się. Postawiłam WordPressa. Kupiłam wtyczkę. Kupiłam szablon premium. A nawet dwa, bo jeden przestał być wystarczający. Opłaciłam też na kilka miesięcy z góry VPS-a (trochę lepszy serwer niż zwykły hosting, na którym trzyma się bloga). Kupiłam też program do automatycznego wystawiania faktur oraz opłaciłam na rok certyfikat SSL. Zaczęłam też zlecać copywriterom unikalne opisy produktów, ale to po kilkuset złotych sobie odpuściłam. Pojawił się bowiem kolejny minus – jako że produkty z hurtowni często znikały, to i “u mnie” często przy update’ach były usuwane. A zatem i unikalny opis.

Poza tym problemem w WordPressie było customizowanie poszczególnych podstron czy maili do klienta. Wyglądały po prostu zbyt “wordPressowo”. Dało się to wszystko zmieniać, ale trwało to niewspółmiernie długo.

I tak sobie żyła pełna micha do sierpnia, kiedy to stwierdziłam, że czas to ruszyć, bo za dużo czasu już na to poświęciłyśmy. Ale już wtedy wiedziałam, że WordPress nie daje rady. Nie przy dropshippingu.

Pomyślałam: “Chcę się przecież skupić na promocji sklepu oraz na jego optymalizacji. Po co mam zawracać sobie głowę technicznymi sprawami? Jasne, cholernie dużo się nauczyłam, ale już wystarczy.” I wtedy uświadomiłam sobie, że czas na gotowe rozwiązanie – tzw. SaaS – Software as a Service (wiki) – czyli takie, które dostarcza mi gotowy produkt z funkcjami, jakich potrzebuję.

Zrobiłam research, potestowałam, założyłam konta próbne w kilku firmach.

I finalnie padło na REDCART.PL.

Dlaczego RedCart?

  • Dzięki okresowi testowemu miałam szansę przetestować support, który dzielnie odpowiadał na wszystkie moje, nawet męczące pytania.
  • Konfiguracja sklepu zajęła mi jeden (serio, jeden!) dzień.
  • Integracja z hurtownią została wykonana automatycznie, a moja konfiguracja (mapowanie kategorii, ustawianie marży itp.) – trwało kolejny jeden (dalej, ej, serio!) dzień.
  • Wszystko było mega intuicyjne, praktycznie wszystko można customizować po swojemu. Dodawanie produktów jest bajecznie proste. Możliwe jest tworzenie opisów kategorii, ustawiania innego tytułu kategorii/urla/title’a SEO.
  • Ogólnie SEO jest rozwiązane całkiem nieźle (jako że zajmuję się nim na co dzień, miało to u mnie wysoki priorytet) – mam dostęp do pliku robots.txt (szkoda, że nie do .htaccess), mogę ustawiać dowolne H1 (a ten nagłówek jest naprawdę ważny) dla kategorii, mogę ustawiać dowolne meta dane wszędzie gdzie chcę.
  • Sklepem może zarządzać jednocześnie trzech użytkowników i każdy z nich może mieć inne uprawnienia (tak wiem, WordPress też to potrafi).
  • Nie martwię się hostingiem, bo wszystko jest hostowane “u nich”.
  • Wszystko było ładnie przetłumaczone na język polski. Ale to jasne, RedCart to w końcu polska produkcja.
  • Ogólnie wszystko działa.

Potrzebowałam dwóch dni na to, na co zużyłam w przypadku WordPressa z WooCommerce prawie trzy tygodnie! Masakra. I to wszystko za 900 zł rocznie + 50 zł miesięcznie (900 zł to kwota rocznego abonamentu za sklep, a 50 zł to miesięczny abonament za regularne wdrożenia z hurtownią drophippingową), co daje 1500 zł na rok. Powiesz, że dużo? Być może, ale wiem, że w przypadku “darmowego” WordPressa i tak wydałam więcej. A zaoszczędziłam też kupę czasu, który bardzo sobie cenię.

Ale, żeby nie było, nie jest tak najkolorowiej 😉 Mogłabym się też doczepić:

  • Mam dostęp do pliku .css, ale nie do .html, przez co nie mogę wprowadzać nawet kosmetycznych zmian w szablonie
  • Jeszcze tego nie wiem, ale pewnie będę miała problem z integracją “mojego” certyfikatu SSL.

I tak już sobie chyba od tygodnia pelnamicha.com śmiga na nowym silniku. W międzyczasie optymalizujemy pod kątem SEO i tworzymy nowe treści content marketingowe.

Wiem, że obiecałam Ci ten tekst pół roku temu, ale po prostu trochę było mi głupio opisywać poprzedni stan rzeczy. Mam nadzieję, że mi wybaczysz 🙂 Zapraszam do zakupów!